Strona głównaKontaktDodaj do ulubionychZnajdźMapa serwisuPowiększ tekstZmniejsz tekst
Strona główna
 
Menu
Polityka prywatności i plików cookies
Informacja UMŁ
Opłata skarbowa
Podatki lokalne
Odbiór dowodu osobistego
Biuro Rzeczy Znalezionych
Nieodpłatna pomoc prawna
e-urząd
Praca
Oświadczenia majątkowe
Jednostki pomocnicze Miasta (osiedla)
Organizacje pozarządowe
Dla inwestora
Informacje dla osób niepełnosprawnych
Miejski Rzecznik Konsumentów
Budżet Miasta
Dokumenty strategiczne
Spółki z udziałem Miasta
Rejestry, ewidencje, archiwa
Konsultacje społeczne
Otwarte dane
Instrukcja obsługi
Ponowne wykorzystywanie
Redakcja BIP
Kontakt z UMŁ
Serwis internetowy UMŁ
Marek Edelman<<

(1921-2009)

"Nie wiem co to jest bohaterstwo. Każdy robi co może" - mówił Marek Edelman, ostatni dowódca powstania w warszawskim getcie. Swoim życiem udowadniał, jak wiele może jeden, pojedynczy człowiek.
Nie lubił mówić o sobie. Chętnie jednak zabierał głos w sprawach ważnych, zwłaszcza w obronie innych ludzi - poniżanych, mordowanych, bezbronnych. Nie odmawiał też, gdy trzeba było pójść na spotkanie z młodzieżą i odpowiadać nawet na najtrudniejsze pytania. Spotykał się z młodymi Niemcami, Żydami, Amerykanami, którzy przyjeżdżali do Łodzi. "To jest młode pokolenie. Im trzeba mówić, co tu się stało, żeby nie powtórzyli błędów swoich dziadków" - wyjaśniał.

Przez ponad 50 lat Marek Edelman związany był z Łodzią, ale dzieciństwo i młodość spędził w Warszawie. Urodził się w 1921 roku w Homlu na Białorusi, wkrótce jego rodzice przenieśli się do Warszawy. Ojciec umarł niedługo po przeprowadzce do stolicy Polski, matka - gdy miał 13 lat. Była aktywistką Bundu, żydowskiej socjalistycznej partii robotniczej. To wśród działaczy Bundu dorastał przyszły lekarz i społecznik. "Bundowcy nie czekali na Mesjasza ani nie zamierzali wyjeżdżać do Palestyny. Uważali, że Polska to jest ich kraj i bili się o Polskę socjalistyczną, sprawiedliwą, w której każda narodowość miałaby kulturalną autonomię, a prawa mniejszości byłyby zagwarantowane" - opowiadał kiedyś. Gdy wybuchła wojna Bund nadal działał. Jego działacze w getcie warszawskim organizowali m.in. zajęcia dla dzieci, szkoły, teatr. Zdaniem Edelmana to właśnie z tej pracy, z jej ducha narodził się ruch oporu w getcie. "Nie z terroru. Terror zabija opór. Natomiast duch solidarności i braterstwa sprzyja stawianiu oporu" - twierdził Marek Edelman.

W 1942 roku był jednym z twórców Żydowskiej Organizacji Bojowej skupiającej młodzież żydowską, która zdecydowała się przeciwstawić Niemcom. Potem był jednym z dowódców powstania w warszawskim getcie. "Ludzkość umówiła się, że umieranie z bronią jest piękniejsze niż bez broni. Więc podporządkowaliśmy się tej umowie" - mówił Hannie Krall w książce "Zdążyć przed Panem Bogiem". Chodziło o to, żeby się nie dać zarżnąć, chodziło o wybór sposobu umierania. Ale setki, tysiące jego rodaków poszło na śmierć w milczeniu. "Odprowadziłem 400 tysięcy ludzi na śmierć - wyznał Edelman, a po chwili dodał: - Ci ludzie, którzy poszli do komór gazowych, zachowali się nie mniej bohatersko niż ci, którzy walczyli z bronią w ręku". Przeżył powstanie jako jeden z nielicznych. Rok później wziął udział w powstaniu warszawskim. Po wojnie zdecydował się pozostać w Polsce. Dlaczego? Na ogół starał się unikać odpowiedzi na to pytanie. "Nie zadawajcie głupich pytań" - mówił zwykle i szybko zmieniał temat. Ale czasami zdarzało mu się dodać to jedno, bardzo ważne zdanie: "Ktoś przecież musiał zostać z tymi wszystkimi, którzy tu zginęli".

W 1946 roku Marek Edelman zamieszkał w Łodzi, skończył studia medyczne, ożenił się, tu urodziły się jego dzieci. Zaczął pracować w szpitalu jako kardiolog. "Kiedy się dobrze zna śmierć, ma się większą odpowiedzialność za życie - wyznał wiele lat później - Każda, najmniejsza nawet szansa życia staje się bardzo ważna". Jako lekarz mógł nadal odpowiadać za ludzkie życie. Jak tam, w getcie. "Pan Bóg już chce zgasić świeczkę, a ja muszę szybko osłonić płomień, wykorzystując jego chwilową nieuwagę" - wyjaśniał Hannie Krall.
Od wielu lat pracuje w łódzkim szpitalu im. M. Pirogowa. Jest tam ordynatorem Oddziału Intensywnej Opieki Medycznej. Mieszka w niewielkim domu przy ulicy Zelwerowicza. Z Łodzi nie wyjechał nawet wtedy, gdy Polskę opuściła jego żona i dzieci. Po 1968 roku i antysemickiej nagonce nie potrafili już tutaj żyć, zamieszkali we Francji. On został. "Zwolnili mnie ze szpitala, to wszystko. Poza tym nic strasznego przecież mnie nie spotkało" - opowiadał. Ze szpitala im. S. Sterlinga został zwolniony w 1966 roku, ze szpitala wojskowego wyrzucono go dwa lata później, w 1968 roku z powodów politycznych nie przyjęto jego pracy habilitacyjnej. A jednak nie dał się zmusić do wyjazdu na stałe. Choć za granicę wyjeżdżał często, zawsze wracał do Łodzi. "Nigdy nikomu nie pozwalam dyktować, jak mam żyć - mówił - Każdy ma prawo żyć tam, gdzie chce i w sposób, jaki jemu odpowiada".
Był świetnym lekarzem. W 1971 roku wprowadził w Polsce rewolucyjną metodę leczenia schorzeń sercowych polegającą na połączeniu krążenia żylnego z tętniczym. Dzięki niej uratowano wielu ludzi, którzy bez takiej operacji nie przeżyliby zawału. Do szpitala przychodził nawet podczas urlopu. "Personel trzeba trzymać krótko. Można go kochać, ale nie wolno tego pokazywać. Personel ma się bać. Co parę tygodni trzeba kogoś dla przykładu wyrzucić z roboty, nieważne czy jest winny czy nie" - opowiadał pół żartem pół serio dziennikarzom. Pracownicy łódzkiego szpitala im. M. Pirogowa przyznawali, że Edelman był trudnym szefem. Narzekali na jego niewyparzony język i szorstkie traktowanie, ale byli pełni podziwu dla jego profesjonalizmu i uczciwości.

W połowie lat 70-tych związał się z opozycją demokratyczną. Podpisywał listy protestacyjne, uczestniczył w podziemnych zebraniach, sympatyzował z Komitetem Obrony Robotników, potem został działaczem "Solidarności". "KOR to było to samo co Bund w czasach mojej młodości. Dla mnie to była ciągłość, te same wartości: braterstwo, sprawiedliwość społeczna, nienawiść do dyktatury. Ideały Bundu przejął KOR i następnie przekazał je "Solidarności" - uważał dr Edelman. W grudniu 1981 roku został internowany.
Wypuszczono go po paru dniach wiezienia, po interwencji intelektualistów z Zachodu. Do 1989 roku uczestniczył w podziemnym ruchu solidarnościowym, brał też udział w obradach Okrągłego Stołu.

Kiedy w Polsce wybuchła wolność i działalność na rzecz demokracji przestała być konieczna, Edelman aktywnie zaczął zabierać głos na inne tematy istotne dla dzisiejszego świata. Wielokrotnie podkreślał, że obowiązkiem każdego człowieka jest udzielanie pomocy słabszym i zagrożonym. Wciągnęły go sprawy Bośni, potem Kosowa. Pomagał zarówno czynem - choćby jadąc z konwojem do Sarajewa, jak słowem. Jego apel skierowany do przywódców NATO w kwietniu 1999 roku opublikowały najpoważniejsze zachodnie dzienniki. "Aby nie powtórzyło się to, czego byłem świadkiem w warszawskim getcie apeluję do Was, przywódców wolnego świata, abyście nie poprzestali na nalotach lotniczych i wprowadzili do Kosowa żołnierzy. W obecnej sytuacji tylko obecność wojsk NATO może uchronić Albańczyków przed ludobójstwem - pisał - Wiem jak dla tych, którzy wysyłają żołnierzy na wojnę, bolesna jest świadomość, że mogą zginąć. Ale wiem - jak wszyscy w moim pokoleniu - że wolność ma i musi mieć swoją cenę".

Marek Edelman podkreślał, że wszyscy jesteśmy współodpowiedzialni za losy świata. Niestety, ludzkość nie wyciągnęła żadnych wniosków z tamtej okrutnej wojny i historia znów się powtarza. Dlatego nieustannie trzeba angażować się w sprawy trudne i niebezpieczne.
Trzeba stawać po stronie tych, którzy są słabi i opuszczeni. Trzeba przeciwstawiać się złu w każdej postaci. A także nauczyć młodzież, że najważniejszą rzeczą jest życie. Ale nie chodzi mu o życie byle jakie, o życie jakiekolwiek. Chodziło mu o życie godne. Takie, w którym liczy się przede wszystkim wolność i odpowiedzialność za drugiego człowieka.

Był bezkompromisowy, a jednocześnie wolny od fobii i uprzedzeń. Nieraz wypowiadał słowa bezwzględne na temat Polski i Polaków, ale nie szczędził też gorzkich słów przedstawicielom narodu żydowskiego. Nie wahał się mówić rzeczy niepopularnych. Jego opinie liczyły się w świecie. Był osobistością, dzięki której do Łodzi przyjeżdżali w odwiedziny politycy, prezydenci, naukowcy, bo na mapie ich podróży po Polsce było łódzkie mieszkanie ostatniego dowódcy warszawskiego getta. W 1998 roku otrzymał Order Orła Białego. W dwa lata później miasto, które wybrał, by w nim żyć, nadało mu tytuł Honorowego Obywatela. Nie do końca czuł się łodzianinem, nie tu były jego korzenie. Ale los sprawił, że tu trafił, więc wrósł w to miasto i czuł się z nim związany. Na pytanie, czym jest ojczyzna, odpowiadał: "To jest mieszkanie, w którym się żyje. Dom, przed którym stoi drzewo. Podwórko. I piątka czy dziesiątka przyjaciół". W 2008 roku otrzymał Order Legii Honorowej.

Ojczyzna Marka Edelmana znajdowała się w Łodzi, a Łódź powinna być z tego dumna.

Marek Edelman zmarł na atak serca 2 października 2009 r. w Warszawie, w mieszkaniu przyjaciółki Pauli Sawickiej, u której rodziny mieszkał w ostatnich latach. Uroczystości pogrzebowe odbyły się pod stołecznym Pomnikiem Bohaterów Getta. Doktor Edelman został pochowany na Cmentarzu Żydowskim w Warszawie.

Informację wprowadził(a): Bogusława Jagusiak (2007-03-30)
Informację zmodyfikował(a): Sylwia Stańczyk (2009-10-13)
Rejestr zmian | Statystyka | Liczba odwiedzin: 6929
Redakcja     Administracja     Wykonanie:  P®ESTO